"Na kawę do Sandomierza" - to tytuł artykułu prasowego poświęconego Bikeholikowi Bogusiowi, znanego pod pseudonimem "Cyborg". Powiedzenie to jest równoznaczne z długim wyjazdem (zawsze na pewno ponad 300km) w kierunku na wschód od Krakowa. Takim tytułem został nazwany wspólny wyjazd naszej krakowskiej grupy i grupy zapalonych kolarzy z Puław.
Tak, tak. mimo prawie 300km odleglości pomiędzy naszymi miastami, postanowiliśmy razem pojeździć. Na ten wyjazd załorzyłem nowe kółka - CXP33. Niosą, jakby to ująć, jak cholera. Z Krakusami spotkaliśmy się w Nowym Brzesku. Trochę bałem się, że nie nadążę kręcić za nimi, ale kółka dały +2 do szybkości i jakoś poleciało.
Ekspedycję z Puław spotkaliśmy w Osieku. Nas było pięcioro, ich chyba prawie dziesięcioro. Zarówno oni jak i my mieliśmy w nogach już grubo po 150km. Ale wszyscy byli zadowoleni. Przejechaliśmy razem około 20km, w spokojnym tempie Wyścigu Pokoju (czyt. niezmienne równiutkie 30km/h), do Staszowa, gdzie nasze drogi się rozeszły.
Powrót do domu, był równie szybki co jazda w tamtą stronę. Po drodze trochę kapało, ale bardziej straszyło. Droga była mokra, więc mieliśmy w Chmielniku przerwę. Tym razem na hamburgery ;-). Była jakaś full wypas żydowska impreza, bo nazjeżdzało się mnóstwo amerykanów. Kurs amerykańskiej waluty lokalnie spadł do poziomu 10gr. (sic!) za dolara. Przynajmniej tyle Jelitek utargował :-).
Potem już lajcik. Ostry lajcik. Wszyscy czują kaszankę na domowym piecu, widzą wiszące sznury wędzonej kiełbasy i uśmiechnięte buźki, żon, dzieci czy kochanek. W takich warunkach każdy machał witkami ile sił. W rezultacie ja musiałem sobie trochę skrócić i z Wolbromia pojechałem prosto (czyli w lewo ;-)) na Olkusz, ale i tak 338km nastukałem w 11,5h. Dużo wcześniej dołorzyłem jadąc do Nowego Brzeska, więc i tak miałem najwięcej kaemów z grupy.