Czerwiec ’06 był bardzo słonecznym miesiącem, każdego dnia z przyjemnością można było poszukiwać nowych wrażeń z jazdy rowerkiem. 22 czerwca wybrałem się na 200km przejażdżkę. Jako kierunek i cel na ten dzień wybrałem Kielce, gdzie mieszka rodzina i mam się gdzie zatrzymać. Jednocześnie odbywały się tam właśnie mistrzostwa polski na szosie.
W piątek odbyła się jazda indywidualna na czas, w sobotę rano startowali juniorzy, wieczorem kobiety. No i w końcu następnego dnia elita mężczyzn.
O ile jak jeździ elita mężczyzn mniej więcej wiedziałem, chciałem zobaczyć w akcji kobiety.
Droga z Przeginii była całkiem przyjemna. Po początkowych kilku pofałdowaniach :P w okolicach Ogrodzieńca – Pilicy zrobiło się płasko. Grzałem sobie elegancko pustymi nieco sfatygowanymi drogami województwa świętokrzyskiego, aby po 200km i prawie 7 godzinach dojechać do Kielc. Po chwili odpoczynku w domciu i uzupełnieniu puszek z elektrolitem, pojechałem, oczywiście rowerem, na punkt obserwacyjny. Wybrałem go znając trasę doskonale, gdyż dzieckiem będąc wielokrotnie jeździłem tą trasą jeszcze na wigrusie. Po namalowaniu na asfalcie odpowiednich napisów zająłem strategiczne miejsce naprzeciwko czteropaku. Za godzinkę miały wystartować kobiety. I wtedy się zaczęło. Okazało się, że moje miejsce upatrzyli również zespoły towarzyszące ekip. Stało dookoła chyba z 10 bufetów a w żadnym nawet nie mieli schaboszczaka. Co to za bufety?!? Dobrze, że z domu wziąłem.
Zaczął się wyścig, który oczywiście wygrały panienki z Lotto, zdaje się Maja. Na ostatnie okrążenie pojechałem sobie sprawdzić ile mi dokładają „panienki”. Okazuje się, że to ja bym im nieco dołożył, co podtrzymało mnie na duchu, że jeszcze nie jestem oklapłym starym prykiem. Z tym przekonaniem wróciłem do domu.
Następnego dnia w to samo miejsce udałem się ze szwagrem. Ostro uzupełniałem płyny cały czas, bo tego dnia czekał mnie powrót. Zawody miały skończyć się coś około 15, a ja miałem jeszcze 6-7 godzin powrotu. Rano lekko bolało mnie gardło, ale zignorowałem objawy. Na dwa okrążenia przed końcem zdecydowałem się wracać. Do elity mężczyzn jeszcze wiele mi brakuje. Podjeżdżać pod 10% 30km/h z okładem, tak żeby aż karbon trzeszczał to ja jeszcze nie potrafię. Jeszcze.
Z każdym kilometrem powrotnym gardło bolało mnie coraz bardziej. W połowie drogi w Książu Wielkim ledwo mogłem oddychać. Pociąg miał przyjechać dopiero o 19 wiec jechałem sobie od stacji do stacji, bo nie wiedziałem na której przyjdzie mi polec. Poległem w Miechowie. Podjechałem 30km do Słomników i stamtąd jeszcze 30 do domu. Udało się przed nocą. Wyszło lekko ponad 140km + 30 pociągiem. Jechałem na skróty. Tak zwane skróty, bo nominalnie z Kielc do mnie jest około 130km :D.
Wycieczka była bardzo udana i ciekawa. Zdobyłem ogromne doświadczenie w dziedzinie wypoczynku i chorowania. Z powodu zapalenia wszystkiego co w człowieku jest, z wyjątkiem wyrostka robaczkowego przez najbliższych 6 tygodni byłem wyłączony z rowerowania. Nigdy nie należy jeździć z przeziębionym gardłem. Lepiej stracić tydzień niż prawie półtora miesiąca.