Fizycznych przygotowań do tego wyścigu nie było. Wiosną pogoda nie rozpieszczała, więc przestałem się interesować jakimkolwiek sensownym treningiem kolarskim. Owszem jeździłem tu i tam, ale tak naprawdę to większość tegorocznych kilometrów natłukłem na sześćsetce w Gliwicach i u Rebego na 480. Tak mało nie jeździłem nawet podczas mojego drugiego Imagisu.
Sportowo przerzuciłem się za to na wspinaczkę skałkową, raz że zawsze mi sie to podobało, dwa żeby wzmocnić nieco mięśnie górnej części ciała (głównie pleców), z którymi byłem wcześniej na bakier. Sporo czasu poświęcałem za to na przygotowanie strony wyścigu, tak żeby kibice mieli nieco więcej radości z oglądania strony niż w latach poprzednich. Nie udało się zrobić wszystkiego, ale i tak wydaje mi się, że jak na samouka to wyszło całkiem zgrabnie.
Dzień przed wyścigiem wpadłem na genialny pomysł długiego spaceru po plaży. Skończyło sie na takim bólu stóp i łydek, że na odprawie technicznej nie mogłem normalnie chodzić. Podobie zresztą było na starcie. Na szczęście kolarskie buty mają bardzo sztywną podeszwę i dało się normalnie kręcić.
Jazda dla mnie rozpoczęła się o 8 z minutami. Jechałem solo, przede mną pojechały najpierw 3 piętnastoosobowe grupy i 5 innych kolarzy solo. Pierwsze kilometry to już tradycyjne układanie się wygodnie w rowerze, sprawdzenie czy wszystko gra i rozgrzewka. Z braku wiedzy o swoich tegorocznych możliwościach jechałem z grubsza bez przygotowanego planu. Jedynie chciałem w miarę możliwości nie korzystać z postojów na punktach kontrolnych. Przez cały pierwszy dzień wiatr wiał dość silnie. Jedni wspominają go jako pomagający, inni jako przeszkadzający. Droga do Bydgoszczy jest na tyle kręta, żeby doświadczyć zarówno pchania jak i spowalniania. Statystycznie jednak posługując się żargonem marynarskim był to czwórkowy bajdewind czyli nie zawsze całkiem przyjemnie. Panował przy tym dość duży upał, prawie 30 stopni, więc jazda w takich warunkach nie należała do najprostszych.
Na 96km ominąłem grupę około 30 kolarzy, którzy właśnie zbierali się po jakiejś kraksie. Po drodze przeleciałem szybko przez Płoty i Drawsko gdzie szybko uzupełniłem bidony pod korek, bo czekało mnie 100km bez postoju. Pierwszy dłuższy (10min) odpoczynek zrobiłem właśnie na 230km w Pile, gdzie zwyczajnie zmęczyło mnie to gorące i wietrzne popołudnie. Jakoś zebrałem się z nadzieją w miarę szybkiego dotarcia do Bydgoszczy, choć bardzo mi się nie chciało, bo to było również prawie 100km. W Bydgoszczy wylądowałem o 20:20. Było jeszcze na tyle widno, że nie używałem wcale lampki. Zamówiłem „solidny obiad za dwie dychy” i dzbanek maślanki. Jakoś w czasie tego postoju przyjechała silna grupa. Patrząc na ich zmęczone twarze pomyślałem, że pewnie też jestem zmęczony, więc czym prędzej zdecydowałem się zostać. Zostać do rana. Tego jeszcze w historii tego wyścigu nie było. Owszem byli tacy co spali do północy czy do drugiej, ale chyba jeszcze nikt nie został w Bydgoszczy do rana. Kosztowało to 15zł, ale miałem własny pokoik z miejscem na rower, małym kominkiem, wygodne łóżko, ale przede wszystkim ciszę i spokój po tych przejechanych 300km. Budzik nastawiłem na 5:30. Była to chyba najbardziej rozsądna decyzja jaką kiedykolwiek podjąłem na trasie Świnoujście – Ustrzyki. Obudziłem się o 5:27.
Wyjechałem z zajazdu około 6. Nie wiedziałem ile mam do ostatniego zawodnika, ale przypuszczałem, że około 5-6h straty. Sądziłem, że powinienem dogonić go w okolicach Gąbina. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem go w Toruniu na punkcie. No ale on wyjeżdżał, a ja miałem tam zjeść solidne śniadanie, bo od dwóch godzin jechałem bez żadnego posiłku. Trochę się zawiodłem, bo na jajecznicę czekałem pół godziny. W Gąbinie dogoniłem kolejnych zawodników: Czarka ze zdychającym od startu Rafałem. Ten wyglądał tak jakby chyba w tym roku wcale nie siadał na rower. Jakiś czas potem wyprzedziłem praktycznie stojącego Wojtka, który też wcale nie jeździł, ale on spokojnie sobie rzeźbił każdy kilometr, nie przejmując się zbytnio swoim tempem. Dzień był jeszcze bardziej upalny niż poprzedni, wiatr wcale nie przestawał wiać, kierunek i siłę miał taką samą, tyle że droga skręcała na południe i wiało teraz coraz bardziej w twarz. Mimo to moja średnia prędkość nie spadała. Była nawet ciut wyższa niż pierwszego dnia. To dlatego, że było znacznie bardziej płasko, a poza tym w końcu miałem na uszach słuchawki i coś tam zawsze grało.
Przed dużym punktem kontrolnym we Wsoli minąłem lub wyprzedziłem jeszcze kilkunastu innych kolarzy jadących solo lub w grupach. W rezultacie zgodnie z porannym założeniem wylądowałem w hotelu przed zmierzchem, po przejechaniu około 350km. W międzyczasie odbyłem rozmowę z policjantami, dowiadując się, że duże grupy kolarzy pojechały drogą ekspresową. Nie było to zgodne z zasadami wyścigu, ani bezpieczne. Przy tak dobrych drogach technicznych, jazdę ekspresówką uważam za zachowanie bezmyślne. Nawet odcinek w Bydgoszczy bardzo ładnie omija się bokiem, bez zbytniego nadkładania drogi. Oznaczenia i objaśnienia na odprawie uważam za wystarczające do prawidłowej nawigacji w tych rejonach. Wydaje mi się, że spora część osób nawet nie zamierzała rezygnować z jazdy ekspresówką. Po prostu tamtędy bez pardonu pojechali.
Wracając do milszych wspomnień, położyłem się spać około 22. Tym razem już nie spało mi się tak dobrze, bo w pokoju było dość głośno z powodu pobliskiej drogi. No i nie byłem w pokoju sam, więc rano byłem trochę bardziej niewyspany i zmęczony niż dzień wcześniej. Ale i tak było całkiem nieźle. Wyruszyłem parę minut po 6. Na pierwszy rzut objazd w Radomiu, a w zasadzie objazd Radomia. Pojechałem na Kraków i potem po jakiś 15-20km skręciłem w lewo na Skaryszew. W sumie to mogłem pojechać przez miasto, było by szybciej, albo przynajmniej zrobiłbym mniej kilometrów. Na tym objeździe doszło mi ekstra jakieś 20. Droga jeszcze bardziej skręciła na południe i wiatr już do mety wiał zawsze z przodu lub boku. Droga zrobiła się też bardziej pofalowana, co odbiło się znacznie na średniej prędkości. O ile jeszcze przy bocznym wietrze na płaskim odcinku uzyskiwałem prędkości w okolicach 30km/h, to przy wietrze w twarz prędkość spadała do 22-24km/h. Do mety miałem jeszcze tylko około 400km, ale wiedziałem, że zajmie mi to znacznie więcej czasu niż podobne dystanse z dni poprzednich, zatem na pewno będę musiał pojechać trochę w nocy. Jednak nie zabrałem ze sobą nic do ubrania, nawet z premedytacją wypakowałem rękawki, które woziłem w torebce pod siodełkiem.
Tego dnia słońce przeszło samego siebie. Termometr w Rzeszowie pokazywał 35 stopni, a przy asfalcie 49. A byłem tam parę minut przed 17. Takie upały powodowały, że spędzałem więcej czasu na punktach kontrolnych. Średnio około 15-20 minut na każdym, aż do Rzeszowa, gdzie zrobiło się już chłodniej, no i droga była bardziej zacieniona. Ostatni dłuższy popas zrobiłem w Rzeszowie „pod Skrzydłami” . Zjadłem rosół, pierogi, chwilę pogadałem i wyleciałem dalej. W Brzozowie na punkcie pierwszy raz włączyłem lampkę. Mimo, że była godzina 20 to był już zmrok. W porównaniu do Świnoujścia było to co najmniej pół, a może nawet prawie godzinę wcześniej. Zastanawiałem się przez chwilę czy czasem się nie położyć spać (sic!), ale doszedłem do wniosku, że wyjeżdżając o świcie i tak nie zdążę na ósmą, więc i tak czeka mnie jazda po ciemku, a to bez znaczenia czy zrobię to teraz czy potem. Do mety było ze sto kilkanaście km, więc poszedłem już na całość, nie oszczędzając się wcale na podjazdach. Przed Sanokiem grupa młodych ludzi kibicuje z białego auta. Chcą częstować batonami, wodą. Potem biją brawo na ostatnim podjeździe przed miastem (4-5%, 300m długości) . Trochę przeginam i pod publikę wjeżdżam tam prawie 40km/h. Wieczorem wydawało mi się też, że osłabł wiatr, ale było to mylne uczucie. Na zjazdach musiałem mocno dokręcać do przyzwoitych prędkości. Na przykład podczas ostatniego zjazdu do Lutowisk, gdzie zwykle bez problemów osiąga się 70-80km, mimo subiektywnie mocnego dokręcania jechałem zaledwie 40-45km/h.
Wykres z polara wskazuje jednak, że średnia dzienna prędkość na tych ostatnich 100km wzrosła o ponad 1km/h, tzn. jechałem jakieś 4-5km/h szybciej niż za dnia. Nie mogłem tego obserwować na liczniku, bo było za ciemno. To potwierdza moje wcześniejsze obserwacje, że takie małe (mniejsze) górki i pagórki to teren w którym jeździ mi się najlepiej.
Przed metą miałem jeszcze dwie nocne przygody. Pierwsza to jak wyprzedziłem grupkę chyba trzech kolarzy. Ale jakoś tak wyszło, że zobaczyłem ich dopiero w ostatniej chwili i przy takiej prędkości, że nie zdążyłem nawet zobaczyć, kto zacz. Druga to spotkanie z Kudłatym. Jadę jak szalony z przerażającą prędkością25km/h ciągnąc na kole kolegę Mareckiego. Patrzę stoi na drodze na moście na Wołosatym bożonarodzeniowa choinka i świeci - to musi być Kudłaty. Może ma defekt, może coś się stało, zwalniam. Słyszę krzyk: „stócie – jesteśmy za daleko. To już Wołosate!”. Gdybym stał to bym się przewrócił. Śmiejąc się, krzyknąłem tylko, żeby jechał dalej. Zmyliła go tabliczka „Wołosaty” na moście. Chłopak zdecydowanie za dużo czyta po nocy. Wpadam do Ustrzyk, cisza i spokój. Tam gdzie zawsze była meta wszyscy śpią. Ale jest chwilę dalej. Dopadam ją o 1 w nocy.
W barze pogrom: siedzą kolarze i udają zmęczonych jakby przejechali 1000 z górką km. Ciekawe czy ja też tak wyglądałem, bo subiektywnie czułem się dobrze. Niektórzy nie mogą utrzymać w rękach łyżki, inni wyglądają jakby pili bez przerwy od kilku dni mocne trunki. Tylko Robert i Krzysztof wyglądają normalnie, no ale oni nie jechali na rowerach. Szwagier odwozi mnie do Wołosatego na nocleg, patrol strażników jeszcze chce nam zrobić kontrolę, ale puszczają, bo kolarze. Rano spacer z żoną na Tarnicę, potem impreza na zakończenie. Nie wiedziałem o ognisku, bo bym został. A tak około 22 ląduję w domu w Olkuszu.
W końcu za czwartym razem udało się przejechać te 1000km w miarę rozsądnie, bez fizycznych kryzysów. Wspinanie opłaciło się, przez trzy dni leżałem na lemondce bez bólów pleców, ramion, dłoni, bez kontuzji. Opłaciłem to dużym czasem przejazdu. Wynik 65h nie jest może powodem do dumy, ale dla mnie wyznacznikiem mojej tegorocznej formy. Kilometrów wyszło 1035km. Dla porównania w zeszłym roku w tym czasie przejechałem co najmniej dwa razy trudniejszy RACE (1250km i około 13km w pionie). Samego czasu jazdy miałem 40h, snu 17h a pozostałe 8h to postoje na punktach kontrolnych w tym 3h (poza snem) w Bydgoszczy i Wsoli.
|