
Miało nie być maratonu w Puławach. Ale Krzysiek nie po to przygotowywał się całą zimę i wiosnę, żeby dać za wygraną. Szybko wytyczył 56,6km trasę z małą ilością hopek (70m w pionie), z małym ruchem kołowym i bardzo dobrym bądź dość dobrym asfaltem. Zebrał ekipę, załatwił busa i na szybko pojechali.
Chłopaki wystartowali w sobotę 5 po ósmej od sołtysa w Grabowie pod Warszawą.
Przez pierwszych kilka kółek na czele siedział Perki z Warszawy, potem został zmieniony przez trzech innych kolarzy. Chłopaki zasuwali równo. Nawet za równo, bo na każdym kółku nadrabiali 5 minut w stosunku do planowanego czasu przejazdu, jadąc z prędkością średnią około lub ponad 40km/h.
Kiedy po południu wracając z wakacji, pojawiłem się w okolicy, mieli z jazdy 20 minut do przodu. Oczywiście zysk czasowy z pierwszych 4 kółek został poświęcony na zbyt długi, ale konieczny odpoczynek po ich zakończeniu. Jednak to było za duże tempo i wyszło czasowo praktycznie na zero. A sumarycznie, nawet na sporym minusie, bo taka prędkość odbiła się tym, ze stracili polowe z zawodników, którzy nie wytrzymali i puszczali kolo.
Zanim się zainstalowałem na bufecie i pozbierałem wszystkie istotne informacje, była 18:30 i chłopaki zajechali na obiad. Kolejna strata 30 minut, którą wyeliminujemy w przyszłym roku. Pojedli, popili i pojechali. Już w pięciu, bo zające zrezygnowali.
Wyjazd z obiadu był przed czasem około 15-20 minut. Następne kółko poszło sprawnie, zgodnie z planem.
Potem powoli wjeżdżali w noc. Na tym okrążeniu pojechałem z nimi, pożyczając od Tadka rower, strój, buty, wszystko. Mimo dość długiego postoju na ubieranie się i montowanie lampek cale kółko wyszło zgodnie z planem. Ważne, że parę minut chłopaki zyskali. Wróciłem do domu się trochę przespać i przygotować nocny bufet, planowany na 3:30-3:40. Niestety coś się popsuło bo następną rundę jechali równe 2h zamiast planowych 1:40. Nie wiem dlaczego i co się tam działo, ale nagle z 20 minut zapasu, zrobiło się 5 pod kreską. Na bufet przyjechali o 4, wiec pomidorówka nie była już ciepła, na szczęście rosół trzymałem w termosie. Dostali tez gorące naleśniki. Był tylko kłopot z ich podawaniem i spożywaniem w czasie jazdy, ale dali rade. Tempo też mieli dobre, lepsze niż zakładane, wiec po 3 kolkach wyszli na zapas około 5-10 minut.
Na ostatnie 80km pojechał z nimi Tadek i się wykazał, bo nadrobili parę minut, aby w końcówce przejechać dodatkowe 14km.
Przejechałem jedną rundkę rowerem i potem jedną samochodem, ale jadąc przez Studzianki, tą drogą na której w przyszłym roku będziemy pić Guinessa (865km).
Jest jeszcze lepsza, bo na 45km ma zaledwie 20m (sic!) w pionie i nowiutki asfalcik, no może z wyjątkiem niecałych 2km.
Całkowity czas jazdy wyniósł 22:40 i myślę, że przynajmniej o godzinę trzeba go jeszcze wydłużyć. 40 minut zdejmie się z zatrzymania na posiłki, 30 minut można zdjąć jadąc lepiej "technicznie", to znaczy trzeba nauczyć się sikania w czasie jazdy. Około 10-20 minut jest potrzebne na przebieranie się w zależności od warunków pogodowych. Sadze, że dobrze przygotowana impreza, zabezpieczenie skrzyżowań i zebranie dobrej równej grupy 10-15 osób, oraz przyjemna pogoda pozwola na uzyskanie na tej trasie wyniku grubo (bardzo, bardzo grubo) powyżej 900km. Nie wiem, czy 1000 jest możliwe, ale w sprzyjających okolicznościach można będzie pokusić się o próbe. A kiedyś 300 było wariactwem ....
zdjęcia: http://picasaweb.google.com/SproS666/800km2010#